larciacroft blog

Twój nowy blog

Rozpoczynamy odliczanie do startu mojej nowej strony. Wszystko będzie tam lepsze, ładniejsze, częstsze, tak więc czekajcie cierpliwie, to kwestia kilku dni, jak zamieszczę tu link :)
Do przeczytania niebawem, bardzo niebawem! ^^

***


http://oceansoul.byethost22.com

Tak, oto obiecany nowy adres. Co prawda, nie działa póki co pod IE – dlatego zalecam Firefoxa lub Operę – oraz nie jest jeszcze w wersji finalnej, kilka funkcji jeszcze nie zostało dodanych. Ale teksty są, komentować można, zapraszam więc do czytania :). Do zobaczenia w nowym miejscu! ^^

Ilekroć przypomnę sobie o tym miejscu, czuję się jak wyrodna matka, która porzuciła własne dziecko, a fakt, że uczyniłam to na rzecz innych dzieci, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Wiecie, że w grudniu ten blog obchodził piąte urodziny? Oczywiście nie było mnie wtedy tutaj, bo pewnie zajęta byłam którymś z pozostałych projektów. A teraz strasznie mi głupio i jak zwykle żałuję, że przez moją niesubordynację, lenistwo i słomiany zapał kilkanaście miesięcy już po wieki świecić będzie czarną podstroną, okraszoną jedynie zdawkowym ‘brak notek z tego okresu’. Ale co się stało, to się nie odstanie.
Skąd to nagłe – i, miejmy nadzieję, nie jedynie chwilowe – otrzeźwienie? Ostatnio zaczęło brakować mi takiego miejsca, w którym mogłabym spisywać wszelkie dziwne rozmyślania, które przychodzą mi do głowy. Poza tym, nie mogę, czy też raczej nie powinnam, ograniczyć się do pisania jedynie tłumaczeń albo innych tekstów wybitnie nieliterackich, bo każda dłuższa abstynencja odciska wyraźne piętno na mojej formie i stylu. A teraz, kiedy umiem już stawiać przecinki i wiem o wiele więcej o błędach wszelakich, składni czy fleksji, niż wiedziałam choćby rok temu, nierozsądne byłoby niewykorzystanie tego. Patrząc przyszłościowo, rzecz jasna, a właśnie to staram się robić. Kiedyś w końcu wypada przecież napisać tę książkę, czyż nie? :)

Tymczasem sesja zimowa już za mną, zakończona półtora tygodnia wcześniej, niż zapisano. Ustalone ferie przedłużyłam dzięki temu ponaddwukrotnie, ale takie są przywileje zaliczenia wszystkiego w pierwszym terminie ;). A łatwo nie było i przez ostatnie trzy tygodnie studia nieźle dały mi w kość. Najważniejszy cel został jednak osiągnięty – jestem z siebie zadowolona, a że nie zdarza się to zbyt często, jest to fakt wart odnotowania. Oczywiście, zadowolenie to nie wykracza poza ramy studiowania, więc w ogólnym rozrachunku i tak mam sobie sporo do zarzucenia.
Ostatnio też zauważyłam u siebie pierwsze objawy uderzenia ‘wody sodowej’. O ile nie zamierzam winić za to nikogo innego prócz siebie, o tyle jako czynniki, które się do tego przyczyniły, muszę wymienić studia oraz większość ludzi, którzy mnie tam otaczają. Do czego zmierzam? Otóż czasami mam wrażenie, że moje studia bardziej mi przeszkadzają, niż pomagają w samorealizacji. Na co dzień otacza mnie ocean bezbrzeżnej głupoty, a poprzedni etap edukacji, czyli liceum, przyzwyczaił mnie do zdecydowanie wyższego poziomu intelektualnego otaczających mnie mas ludzkich. Innymi słowy – dlaczego tak pechowo musiałam trafić na zgraję ludzi, spośród których większość jest pozbawiona choćby krzty ambicji, zdolności logicznego myślenia czy chęci zadbania o własny rozwój intelektualny? Nie wspominając już o tym, że wszelkie tematy poważniejszych dyskusji nie mają racji bytu – równie dobrze można by próbować zainteresować stół poezją metafizyczną albo skłonić krzesło do wyrażenia opinii o wysłuchanej uwerturze. Tak więc, chociaż bardzo tego nie chcę i bronię się przed takimi myślami, jak tylko mogę, czasami nachodzi mnie wrażenie bycia kimś… lepszym? Głębszym? Inteligentniejszym? Brzmi fatalnie, czyż nie? I właśnie dlatego wcale a wcale mi się to nie podoba i staram się nad tym zapanować. Przecież nie osiągnęłam jeszcze nawet etapu samoakceptacji, a więc tym bardziej samouwielbienia. Dziwne myśli siedzą mi w głowie. Na dodatek – bardzo często sprzeczne same ze sobą. I chyba dlatego potrzebuję gdzieś sobie o tym popisać. A gdzieś nie mogło wypaść nigdzie indziej, jak tylko tutaj :).

P.S. O, widzę, że na blog.pl pojawiła się opcja dodawania tagów, zarówno do całego bloga, jak i do poszczególnych notek. Chyba będę musiała pobawić się tym w najbliższym czasie :).

Wszystko jest tak całkowicie bez sensu, że bardziej bez sensu by być nie mogło. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Wakacje zaczęły się rewelacyjnie. Perspektywa wolnych ponad trzech miesięcy napawała optymizmem i zakrojonymi na szeroką skalę przeróżnymi planami. Po długim okresie zajmowania się niemalże wyłącznie studiami, nadszedł czas na nadrabianie ‘zaległości’ – czytanie, oglądanie filmów, pisanie, no i rzecz jasna granie, bo w ciągu pozostałych miesięcy czasu na tu po prostu nie mam, a i w poprzednie wakacje nie mogłam sobie na zbyt wiele rozrywek pozwolić. Oczywiście całość wakacji należało dodatkowo naszpikować spotkaniami i wyjazdami, tym razem planowanymi na bieżąco, a nie z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, ale ma to swój niezaprzeczalny urok nawet dla kogoś z gruntu zorganizowanego ;).
Na pierwszy ogień poszedł więc zlot Insimilionu. Czterodniowe, niesamowite przeżycie, poznanie kilku naprawdę fantastycznych osób, dyskusje do białego rana, no i specyficzny humor, dodający kolorytu całemu wyjazdowi. Jeśli powiem, że od razu po powrocie do domu zaczęłam tęsknić do kolejnego zjazdu, nie będzie w tym ani krzty przesady :).
A potem zaczęły się schody i było już tylko coraz gorzej. Utknęłam na calutki tydzień, nie ważne gdzie, i nie ważne jak do tego doszło – ważne, że przeżyłam chyba najgorszy tydzień w całym swoim życiu. Wyobraźcie sobie, że ktoś was po prostu gdzieś zaprasza, a wy, w całej swojej naiwności i bez większego namysłu, po prostu się zgadzacie, bo i czemu nie. A później okazuje się, że wywieziono was do rozsypującej się chaty, w której nie ma nawet szczątkowej łazienki czy ciepłej wody, a jest za to stos zdechłych much i harcujące żywe pająki. I wszystko się lepi, dosłownie strach i obrzydzenie biorą was na widok zapuszczonej lodówki czy zlewozmywaka, dziurawej pościeli, tych walających się wszędzie żywych i nieżywych owadów, pajęczyn, a do tego oczywiście kurz i brud, brud, brud. Gdyby chcieć tam posprzątać, tydzień zajęłoby to jak nic – mówię to szczerze, co więcej jako osoba posiadająca w twej kwestii sporą wiedzę i doświadczenie (co niektórzy mogą potwierdzić :P). I oczywiście nikt was o tym uprzedzić nie raczył, więc jesteście tym bardziej zszokowani i załamani, w co tak naprawdę się wpakowaliście. O ucieczce nie może być mowy, bo nie bardzo wiadomo, w którą stronę powinno się uciekać, żeby gdziekolwiek dotrzeć. Do tego wszystkiego dodajmy, że wasz gospodarz, który sam i na własne życzenie was tam zaprosił, kompletnie ignoruje waszą obecność. I konia z rzędem temu, kto wpadnie na to, po co taki człowiek w ogóle was tam ściągnął, skoro nie ma nawet niczego ciekawego do powiedzenia. NICZEGO! Przeszłam w życiu wiele, w niejednym środowisku przyszło mi się znaleźć. I jak żyję, takiego zjawiska nie widziałam. Żeby nie mieć absolutnie niczego do powiedzenia? Przez tydzień?! Wyobraźcie sobie najnudniejszego człowieka, jakiego znacie. Tak, wyobrażone? No to teraz pomnóżcie jego nudność przez dwa. Albo nie, przez cztery. Wówczas otrzymacie namiastkę nudy, jaką miałam nieszczęście poznać.
By podsumować – tam było gorzej niż na trzymiesięcznym wygnaniu w Londynie, kiedy wstawałam o 5 rano, pracowałam i skreślałam pozostałe do końca dni. Samo to porównanie tym, którzy choć trochę mnie znają, powinno otworzyć oczy z przerażenia. Tyle że tym razem, w przeciwieństwie do wyjazdu rok temu, nie miałam koło siebie ani jednej bratniej duszy, z którą można by pośmiać się z absurdu całej tej sytuacji, która by cię zrozumiała, i która by, do ciężkiej cholery, z tobą porozmawiała! Nie lubię tłumów, znajomych wolę mieć mniej, ale bliższych, ale do diabła, nie jestem jakimś aspołecznym odludkiem, a każde kilka godzin milczenia sprawia mi naprawdę dużo bólu. No, więc wyobraźcie sobie mnie, milczącą przez tydzień… (tak, wiem, dla znających moje niepohamowane gadulstwo nie jest to możliwe do wyobrażenia, ale mimo wszystko spróbujcie :P) Koszmar, tragedia. Ka-ta-stro-fa…
Życie uratował mi laptop, którego wzięłam właściwie cudem – szczątki intuicji podpowiedziały mi, żebym zabrała go ze sobą, a ja, jak rzadko, posłuchałam. I dzięki temu nie wykończyła mnie nuda już pierwszego wieczoru. Bo książki oczywiście spakowałam jedynie dwie, do pociągu, a niestety nie wpadłam na to, że powinnam była zabrać całą bibliotekę. W związku z tym przesiedziałam tydzień z laptopem na kolanach, na którym na szczęście książek miałam zdecydowanie więcej, a do tego starego, dobrego Baldura, do którego powróciłam po kilku latach przerwy. I jakoś przeżyłam. Choć z trudem. Dawno nie cieszyłam się też tak bardzo na widok własnego domu, w którym są takie luksusy jak ciepła woda, łazienka, blat kuchenny ani lodówka nie kleją się, gdy ich dotykasz, a podłogi nie zaścielają martwe muchy. Raj na ziemi!
Długo nie będę mogła się z tego otrząsnąć, bo niestety jestem tym pechowcem, którego wszelkie złe wspomnienia dość długo się trzymają. Ale nic to, najważniejsze że wróciłam i mogę nadrobić tydzień milczenia nieustannym mówieniem (namiastkę słowotoku macie, jak zwykle, tutaj) :). Co zaś się tyczy dalszych wakacyjnych planów – w drugiej połowie sierpnia wybywam nad Hańczę (tak, trzeci raz w ciągu trzech lat ;)), gdzie czeka dobrze znane jezioro i baza nurkowa, a poza tym lasy, łąki oraz krowy, które malowniczo prezentują się na zdjęciach. A na dodatek, na trasie Łódź-Warszawa-Błaskowizna to ja mam prowadzić. Tak więc, strzeżcie się kierowcy! :D

No dobrze, ale skoro najgorsze przeżycia mam za sobą, czemu dalej wszystko jest bez sensu? Bo znów za dużo sobie wyobrażam i dopowiadam. Bo znów nie wiem, co myśleć, i dlaczego nic nie jest takim, jakim być się wydawało? Dlaczego nic nie jest proste i logiczne? Dlaczego po A nie jest B, tylko E albo T?
Po raz kolejny ‘mylę niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu’. I tak już chyba zawsze będzie…

Minął rok pierwszy. Rok pierwszy studiów, rzecz jasna. A moje uczucia na jego temat są tak ambiwalentne, jak chyba jeszcze nigdy, w sprawie żadnej kwestii nie były.
Tam, gdzie dziś piętrzą się góry, będą kiedyś morza, tam, gdzie dziś wełnią się morza, będą kiedyś pustynie. A głupota pozostanie głupotą.” [Andrzej Sapkowski, „Krew Elfów”]
Komentowanie przeze mnie wyżej widniejącego cytatu nie jest konieczne. Nie mogę się jednak powstrzymać przed kilkoma cierpkimi uwagami na temat wszechogarniającej mnie ludzkiej głupoty. Za każdym razem, gdy myślę, gdy jestem niemal pewna, że oto poznałam kres ignorancji, że stanęłam u krańców bezmyślności połączonej z bezkrytycyzmem wobec własnej osoby, że – wreszcie – w morzu bezdennego i bezbrzeżnego kretynizmu pojawiły się jakieś nieprzekraczalne granice – jestem w błędzie. Mylę się, o, jak bardzo się mylę! Ponoć na świecie jedynymi pewnikami są śmierć i podatki, jak twierdził Benjamin Franklin. Cóż – on także się mylił. Bo trzecim pewnikiem, równie nieuchronnym i nie do wyeliminowania, jest właśnie głupota. Szkoda tylko, że tak trudno się od niej odgrodzić, że mimo najszczerszych chęci, największych starań i najwyższych poświęceń, jest jej dookoła coraz więcej. Takie życie? Najwidoczniej. Żadne inne wytłumaczenie do dziś nie przyszło mi do głowy…
Jeśli zaś chodzi o drugą stronę medalu, to muszę przyznać jedno – przez ten rok nauczyłam się naprawdę wiele. I nie chodzi o wiedzę stricte akademicką, choć o nią również. Chodzi o kilka rodzajów ‘wiedzy’. Z każdej z nich zamierzam korzystać najlepiej, jak tylko będę potrafiła. Już praktyka to zweryfikuje. A nawet weryfikuje. Przez cały czas. Także teraz.
Wracając do wspomnianej wiedzy naukowej (chwila przerwy na łyk rumowej herbatki; dobrze, można wracać do pisania), to przyznać muszę, iż jestem usatysfakcjonowana własnymi postępami i osiągnięciami. Mogło być lepiej (ale z kolei – kiedyż by nie mogło? w tej dziedzinie akurat każda granica jest przekraczalna, przynajmniej moim zdaniem i przynajmniej na dzień dzisiejszy), jednak nie widzę sensu w gdybaniu i rozpamiętywaniu tych kilku porażek. Trzeba wyciągnąć odpowiednie wnioski i cieszyć się z tego, co się ma. A ma się 4,81. Na możliwe 5,0. Tyle mi wystarcza.
Gram. Znowu. Po długiej przerwie. Dzięki ponad trzymiesięcznym wakacjom, na dodatek niemal zupełnie niezaplanowanym, mogę przypomnieć sobie, jak to było spędzić cały dzień w innym, lepszym świecie. Stając się inną (lepszą?) osobą. Choć na chwilę.
Piszę. Nie tyle, ile bym chciała. I nie tyle, co powinnam. Ale więcej, niż przez ostatnie kilka miesięcy. Licząc na tendencję wzrostową.
Czytam. Najczęściej po raz wtóry to samo. Trudno przezwyciężyć pokusę powrotu do dzieł wielkich, nawet na rzecz innych, przypuszczalnie równie wielkich, jeśli nie jeszcze większych. Taka już moja ułomność, że rzeczy już znane często wygrywają z tymi wciąż nieznanymi. Ale na wszystko przyjdzie pora.
Wyczekuję. Kilku wydarzeń, które nadejdą w przyszłości bliższej, dalszej i najdalszej. Oraz tych, które nie nadejdą nigdy. Nie, bo nie. Nie, bo nie dla mnie.
Marzę. Jak zawsze. I jak zawsze z tym samym skutkiem.
Odkryłam dzisiaj, że zniknęła z centrum miasta jedna z moich ulubionych księgarni. Kartka, czy to likwidacja, czy też może przeniesienie w inne miejsce – nie wisiała. Tak to już jest, jak pierwszy raz od roku ma się dostatecznie dużo czasu, by przejść się po rodzinnym mieście. Przespacerować ot tak, bez celu. Nie licząc na nic.
Postanowiłam sobie solennie, że jeśli szanowny uniwersytet zechce przyznać mi stypendium, przeznaczę je, przynajmniej w części, na słowniki. Uwielbiam słowniki. Czy jestem dziwaczna? Czy może tylko lekko odstaję od normy?
Jak się cieszę, że nie ma mnie w tej chwili w Londynie. Ani w żadnym innym mieście żadnego innego kraju. Dobrze być wreszcie w domu. Tym drugim. Albo raczej tym pierwszym.
Natłok myśli. Teeming thoughts. Gendankenfluss. Kończmy więc. I tak wpadłam dziś w jakiś przedziwny styl. Mój i nie mój. Ale jest, jaki jest. Widocznie właśnie taki miał dzisiaj być. Kropka. A na końcu, już tradycyjnie, dopiszę do notki tytuł. Bo tytuł zawsze pisze się na końcu.

Witam wiosennie i cieplutko, co
by dopasować się nastrojowo do stanu atmosferycznego za oknem. Z dzisiejszej
notki mam zamiar emanować i epatować optymizmem, wręcz na przekór wszystkiemu i
wszystkim. Z jakiej racji na przekór? Ano z takiej, że jestem potwornie
zabiegana, mam do zrobienia tak niewiarygodną ilość rzeczy, goni mnie czas,
brakuje mi siły i energii, a tymczasem trzeba zacisnąć zęby i dobiec do mety.
Dobiec, nie dowlec się! Dobiec, czyli na finiszu wykrzesać z siebie te siły, z
których istnienia kompletnie nie zdaję sobie sprawy (ale przecież muszą tkwić
gdzieś we mnie, bardzo głęboko ukryte – mój optymizm każe mi w to wierzyć!) i
przebiec te ostatnie kilka metrów szybciej, niż którykolwiek wcześniejszy
odcinek wyścigu. A przy tym nie dać się wyprzedzić czasowi, który chce wygrać
za wszelką cenę, nierzadko nawet grając wbrew zasadom fair play i stosując
wszelkie chwyty, byle tylko przekroczyć metę przede mną. Ale ja się nie dam, co
to, to nie! A już na pewno nie poddam się bez walki.
Pomijając niesłychaną ilość
rzeczy, którą koniecznie muszę wykonać przez najbliższy miesiąc, mam wciąż w
pamięci drugą listę – listę tego, co muszę (muszę z potrzeby wewnętrznej, a nie
zewnętrznej, oczywiście) zrobić w wakacje. Lista ta rozrasta się w tempie
zastraszającym i znając mnie (oraz znając życie) nie uda mi się zrealizować
nawet połowy tych planów, no ale w chwilach zawalenia pracą zawsze dobrze mieć
w pamięci jakiś świetlisty punkt w niedalekiej przyszłości, do którego warto
dążyć. I ja takowy mam.
Z ogłoszeń parafialnych – informuję
wszem i wobec, tych, którzy jeszcze nie mieli okazji tego usłyszeć: przeżywam
problemy z komunikatorem. Gadu wzięło się i obraziło na mnie (szkoda tylko, że
nie wiem za co), skutkiem czego część wiadomości zwyczajnie nie dochodzi. Tak
więc: nie, nie olewam nikogo, nie udaję, że mnie nie ma, nic z tych rzeczy. Po
prostu aktualnie lepiej dobijać się do mnie drogą mailową albo telefoniczną.
Z informacji zbędnych – wczoraj
złapałam się na tym, że cierpię na syndrom „takie samo, tylko nowe”. Już
tłumaczę, o co chodzi. Otóż – tak, wiem, nie jest to wskazane – przywiązuję się
do rzeczy. Nie do wszystkich, rzecz jasna, tylko do pewnych szczególnych przedmiotów.
Przychodzi jednak, prędzej czy później, taki moment, kiedy jeden z moich
skarbów psuje się, niszczy, starzeje się, bądź też, w swojej gapowatości i
roztargnieniu – po prostu go gubię. A wówczas nie pozostaje mi nic innego, jak
dokonać wszelkich prób odzyskania przedmiotu. Tym samym, po zgubieniu telefonu,
kupiłam drugi, identyczny – „taki sam, tylko nowy”. Zbyt przywykłam do pełnej
klawiatury, by znów zacząć pisać na tej standardowej. Poza tym, po prawie
czterech latach intensywnego użytkowania, na emeryturę przechodzą moje
wysłużone, najulubieńsze glany. Ale nie, nie będziemy czcić ich pamięci minutą
ciszy – ponieważ gdy czytacie te słowa, ja kupuję „takie same, tylko nowe”, i
to w dodatku przez Internet. I pomyśleć, że kiedyś sądziłam, że buty to
ostatnia rzecz, jaką byłabym skłonna kupić na Allegro…
Poza tym, jak już niektórzy
wiedzą, nie tak dawno temu zgubiłam (no tak, znów zgubiłam, wiem, wiem,
powinnam zacząć myśleć o tym, co robię, i takie tam. no ale stało się, cóż
począć) ukochany piórnik, jedyny w swoim rodzaju, nie wspominając już o
zawartości (która po części odzyskana została – znaczy, no, kupiona „taka sama,
tylko nowa”), więc jeśli ktoś chciałby wręczyć mi zaległy prezent z okazji
minionych, dwudziestych już urodzin, ma niepowtarzalną okazję – odzyskać mój
utracony piórnik, „taki sam, tylko nowy”: [klik!] ;).
Jak się pewnie domyślacie, cały
ten wywód, oprócz rzecz jasna rozbawienia co po niektórych i wprawienia w
konsternację połączoną ze zdegustowaniem pozostałych, ma tak właściwie głębszy
cel. Otóż, nie, nie ma. Nie tym razem. Tym razem puenty nie będzie, notka się
kończy, a ja wracam do uciekania przed goniącym mnie czasem, bo w czasie
pisania tych słów za bardzo wysunął się na prowadzenie. Do przeczytania… po
sesji? No, może tak źle nie będzie, ale zbyt prędko to się mojego blogowego
lania wody nie spodziewajcie ;).
 

Mam dziś natchnienie na sporządzenie listy. Listy rzeczy, cech i zjawisk związanych
z moją osobą, których wprost nie mogę znieść. Alfabetycznie będzie. Startujemy.
A jak Asertywność – czyli coś, czego nie posiadam zupełnie, a co bardzo by mi się przydało. Wydawać by się mogło, że uwielbiam być wykorzystywana i robić wszystko dla wszystkich i
za wszystkich, a tymczasem wszystko po prostu rozbija się o brak asertywności.
Chętnie odkupię ze dwa kilo, jeśli ktoś ma w nadmiarze. Jeśli ochotnicy się nie
znajdą, nigdy nie nauczę się odmawiać i po raz milionowy będę zmuszona robić
coś, na co zupełnie nie mam ochoty.
B jak Brak konsekwencji – nie dotyczy wszystkich dziedzin mojego życia, a konkretnie nie
obejmuje działalności naukowej. Niestety, bardzo często dotyka moich prac literackich,
co przejawia się w napoczętej książce, napisanych do połowy opowiadaniach,
przerwach w dodawaniu notek i nigdy nie dokończonych projektach wszelkiej
maści.
C jak Cierpliwość –
kolejna cecha, której mi brakuje. Gdy przyjdzie mi na coś ochota, gdy się do
czegoś zapalę, chcę mieć to już, zaraz, natychmiast, tu i teraz. Nie cierpię
czekać – na przesyłki pocztowe, w ulicznych korkach, na przystankach
autobusowych, na to, aż On zadzwoni, ani na to, co przyniesie czas.
D jak Do niczego – ja
jestem, w domyśle. Do niczego się w pełni nie nadaję, niczego nie potrafię
zrobić najlepiej, a na dodatek próżno szukać dziedziny, w której mogłabym
przodować. Jestem do niczego, i tyle.
E jak Euforia – zbyt
łatwo do wszystkiego się zapalam. Zbyt łatwo zaczynam być zafascynowana, czy to
jakimś pomysłem, czy to jakąś osobą. Stan euforii, przejawiający się unoszeniem
kilka metrów nad ziemią, najczęściej kończy się bolesnym upadkiem i zderzeniem
z rzeczywistością, która wcale nie jest taka piękna, jak mogło mi się wydawać.
F jak Farmazony –
czyli po prostu głupstwa. Głupstwa, na które tracę zbyt dużo czasu, a przecież
mogłabym go spożytkować na sprawy przydatne bądź przyjemne.
G jak Głupota – to
hasło chyba nie wymaga komentarza. Zresztą, jestem za głupia, by wymyślić coś,
co można by tu wpisać.
H jak Hobby – których
mam aż za dużo, a na wszystkie zwyczajnie brakuje mi czasu. Chciałabym robić
zbyt dużo rzeczy na raz, we wszystkie się angażować i poświęcać im każdą wolną
chwilę, których z kolei mam za mało. Ale cóż zrobić, kiedy kocham gry, książki,
kino, muzykę, pisanie, spotkania, rozmowy, podróżowanie, itd., itp.
I jak Ideały – w
które wciąż wierzę, choć może wydawać się to zupełnie bezsensowne. Wierzę w
ukrytą w ludziach dobroć, nawet jeśli po raz kolejny okazuje się, że znów
zostałam wykorzystana. Wierzę w przeznaczenie, nawet jeśli nie jest dla mnie
łaskawe. Wierzę w księcia na białym koniu, nawet jeśli po raz setny zgubił się
w drodze pod moje okno.
J jak Jestem – a
przecież lepiej by było, gdyby mnie nie było. Zarówno światu, jak i każdemu z
osobna. I nie kłóćcie się ze mną, wiem, co mówię.
K jak Kompleksy – mam
ich sto tysięcy i jeszcze trochę. Jedne bardziej uzasadnione, inne mniej, a
jeszcze inne pewnie wcale. Niemniej jednak, problemy z zaakceptowaniem siebie
to dla mnie szara codzienność. Najlepszym dowodem na to jest chyba ta lista,
czyż nie?
L jak Lenistwo –
wbrew pozorom, dopada mnie niezwykle często i dużo bólu sprawia mi wówczas
zmuszanie się do robienia czegokolwiek pożytecznego. W chwilach skrajnego
lenistwa najchętniej wcale nie wychodziłabym z łóżka, tylko leżała w nim cały
dzień, piła herbatę, grała i błądziła po sieci. Nie ma co, ambitne
zamierzenia…
Ł jak Łatwowierność –
zaufam prawie każdemu, kto uraczy mnie stosem pięknych słówek. Bo przecież na
pewno ma dobre intencje i nic złego na myśli. Na pewno nie chce niczego ode
mnie wyciągnąć, skądże znowu. Jest miły zupełnie bezinteresownie. I nie kłamie.
Tak, wmówicie mi prawie wszystko. A potem sobie pójdziecie swoją drogą, a ja
zostanę.
M jak Marudzenie –
każdy, kto przeczytał choć jedną notkę na tym blogu powinien był się
spodziewać, że o tym wspomnę. Ze świecą szukać tekstu mojego autorstwa nie
przesiąkniętego w najmniejszym stopniu narzekaniami, biadoleniami i innymi
smętami. Potrafię marudzić, żeby tylko marudzić. No, chyba że jestem właśnie w
stanie euforii (Patrz: E jak
Euforia) – wówczas zapominam po prostu o tym, żeby trochę ponarzekać.
N jak Nieśmiałość –
nie cierpię nowych sytuacji, tłumów obcych ludzi, załatwiania spraw w bankach i
urzędach, chodzenia do ludzi, których nie znam, umawiania się do lekarza albo
do fryzjera. I nie zagadam pierwsza. Nie, bo nie.
O jak Omawianie –
czyli rozważanie każdego wydarzenia miliony razy, dyskutowanie trzy razy pod
rząd dokładnie o tym samym. Jest to omawianie hipotetycznych sytuacji, które i
tak nigdy nie będą mieć miejsca. Zastanawianie się, co ktoś właściwie miał na
myśli, mówiąc to czy tamto. Generalnie – totalny bezsens. Ale co się nagadam,
to moje.
P jak Punktualność –
w tym wypadku nadmierna punktualność, sprowadzająca się do bycia wszędzie
najczęściej od czterdziestu do dwudziestu minut przed czasem, żeby się
przypadkiem nie spóźnić. I o ile spóźnianie zaletą nie jest, o tyle przychodzenie
tak wcześnie jest zwyczajnie wkurzające, jest stratą czasu i sprowadza się
najczęściej do zamarzania (zimą) lub smażenia się (latem), czekając na kogoś,
kto i tak się spóźni…
R jak Rechotanie –
hasło z czasów liceum. Nie potrafię mówić cicho i śmiać się bezgłośnie, a w
sali pełnej ludzi to właśnie mnie będzie słychać najbardziej. I niekiedy
naprawdę to przeszkadza. Całe szczęście, że otoczenie dość szybko przywyka,
przynajmniej większość. Po prostu nie ma innego wyjścia.
S jak Samoocena –
najniższa rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. Jest aż za dużo cech,
które chętnie bym w sobie pozmieniała. Mnóstwo tych, których nie mogę
ścierpieć. I nikt nie wmówi mi, że jestem fajna, bo ja wiem lepiej.
T jak Tego też nie
zjem – czyli ogromna wybredność kulinarna. Innymi słowy, mogłabym stworzyć
długaśną listę rzeczy, których za żadne skarby nie wezmę do ust, choć części z
nich nawet nie chcę spróbować. Po prostu, źle wyglądają na pierwszy rzut oka
albo nie podoba mi się ich nazwa. I nie przekonacie mnie do tego, bym zjadła
coś, czego nie chcę, choćbym była na skraju śmierci głodowej.
U jak Upór – niekiedy
może i jest zaletą, ale niestety nie zawsze. I jak się zaprę, że czegoś nie
zrobię, nie odezwę się pierwsza ani nie umówię się z kimś, to nie ma przebacz,
nikt mnie nie przekona do zmiany decyzji. A szkoda.
W jak Wiara w siebie
– a raczej jej brak. Nie założę nigdy, że będzie dobrze i coś mi się uda. O
nie, w życiu! Na pewno nie zaliczę kolokwium, nie zdam egzaminu, nie poradzę
sobie z załatwieniem czegoś, nie wyjdę za mąż, nie nauczę się gotować ani nie
osiągnę w życiu niczego, na czym mi zależy.
Z jak Zazdrość – może
nie mam zbyt wiele okazji, aby to udowodnić, ale jestem zazdrosna. Nawet o to,
że mój kot woli być chwilowo głaskany przez kogoś innego. A co dopiero o inne sprawy…

Tak,
to by było na tyle. Szkoda, że mamy tak mało liter alfabetu, bo gdyby było ich
więcej, z pewnością znalazłabym jeszcze kilka wad, o których mogłabym
wspomnieć. A tak, musi zostać tylko tyle, ile jest. Trudno.

Wróciłam do świata żywych – a
konkretnie do świata pozbawionego koszmaru szpitala, codziennego bólu i problemów
ze zwyczajną egzystencją. Mój kręgosłup mogę uznać może nie za doskonały, bo do
poprzedniego stanu nie uda mu się powrócić już nigdy, ale przynajmniej za
gotowy do normalnego, codziennego użytkowania, i o ile będę się trzymać z
daleka od ulubionych sportów, nie powinno być z nim większych problemów.

Przez miesięczny okres leżenia w
domu zdążyłam narobić sobie trochę zaległości, które teraz powoli nadrabiam,
ale myślę pozytywnie. W końcu trzyletni pobyt w liceum wyrył mi głęboko w
głowie frazę „Kto, jak nie my?”, więc wychodzę z założenia, że przecież sobie
poradzę i już niedługo wszystko będzie tak, jak dawniej. Zresztą – czemu niby
miałoby nie być? W końcu najgorsze mam już za sobą, a jeśli udało mi się przez
to przejść, to i teraz dam sobie radę. Tak, nie mylą was oczy, napisałam
właśnie coś optymistycznego. Nacieszcie się tym fragmentem, bo nie wiem, kiedy
zdobędę się na to po raz kolejny ;).

W między czasie w moim życiu
zaszło też kilka innych drobnych zmian – kto wie o co chodzi, ten wie, a
reszcie mogę tylko powiedzieć, że teraz piszę już nie tylko dla siebie, ale
znalazłam pewne miejsce w sieci, z którym rozpoczęłam współpracę (a de facto to
ja zostałam znaleziona i przekonana do owej współpracy). Długą i owocną, miejmy
nadzieję, gdyż robię to, co lubię i na czym się moim skromnym zdaniem w miarę
znam. Co jednak najważniejsze, sprawia mi to dużo radości i daje ogromną
satysfakcję. No i przy okazji pożera mnóstwo czasu ;).

Miesiąc pobytu w moim prawdziwym,
a nie tym ‘drugim’ domu, po raz kolejny uświadomił mi, jak bardzo chciałabym
móc studiować w moim mieście. Oczywiście jedna i druga sytuacja ma swoje zalety
i wady, ale to ciągłe przemieszczanie się, przewożenie tych samych rzeczy z
jednego mieszkania do drugiego – bo przecież nigdy nie wiesz, kiedy akurat coś
będzie ci koniecznie potrzebne – potrafi zmęczyć, zniechęcić, a wreszcie w
krytycznym momencie doprowadzić do szewskiej pasji. Przez cały tydzień potrafię
odliczać do weekendu, zastanawiając się przy tym, kiedy nadejdą najbliższe
ferie. Kiedy jestem już w domu, chcę zostać jak najdłużej, a z kolei im dłużej
zostaję, tym bardziej nie mam ochoty wracać. Wpadłam w błędne koło, z którego
wyjdę nie wcześniej, jak za cztery i pół roku. Mam jednak nadzieję, że będzie
to trwało właśnie tak długo, bo mimo tych wszelkich narzekań nie dopuszczam do
siebie myśli, że z jakiś powodów musiałabym wrócić na stałe wcześniej.

Co dziwne, już po pięciu dniach
wciągnęłam się z powrotem w studencki tryb życia, wczesne wstawanie, siedzenie
nad dziwnymi książkami, picie herbaty w nadmiernych ilościach, jadanie dziwnych
rzeczy o dziwnych porach, no i wysiadywanie na co nudniejszych wykładach. Całe
szczęście, że przynajmniej choć część ciągle wydaje mi się w miarę ciekawa ;).

Poza tym, narzekam z tych samych
powodów, co zwykle, a które są zbyt głupie, by pisać o tym publicznie. I nic
nie zapowiada rychłych zmian. Trudno. Bywa. W końcu nie można mieć
wszystkiego…

 

Put all your angels on
the edge
Keep all the roses, I’m not dead
I left a thorn under your bed

I’m never gone

Go tell the world I’m still around
I didn’t fly, I’m coming down
you are the wind, the only sound

Whisper to my heart
when hope is torn apart
and no one can save you

I walk alone
Every step I take
I walk alone

My winter storm
Holding me awake
It’s never gone
When I walk alone

Go back to sleep forever more
Far from your fools and lock the door
They’re all around and they’ll make sure

You don’t have to see
What I turned out to be
no one can help you

 

Tarja Turunen, “I walk
alone”


Moje „Święta” w tym roku to po
prostu okres pobytu w domu, począwszy od piątku, 21. grudnia, aż do 2.
stycznia. Zaczęło się więc od niezwykle pechowego zdarzenia, a mianowicie mój
telefon przepadł. Trudno powiedzieć, czy bardziej go zgubiłam, czy też bardziej
został skradziony – po części i tak, i tak. Znaczy, najpierw go zgubiłam, a
potem ktoś go ukradł, ale mniejsza o to, skutek jest dość oczywisty: zostałam
bez telefonu, bez karty sim i bez listy kontaktów. I sama nie wiem, czy większy
żal mam do siebie, za wrodzone gapiostwo i roztrzepanie, czy też do uczciwego
inaczej nowego właściciela mojej zguby. Innymi słowy – „Święta” zbyt przyjemnie
się nie zaczęły.

Skutkiem tego, kolejny dzień w
połowie został zmarnowany na czekanie w kolejce w siedzibie operatora, celem
uzyskania nowej karty sim. Co się okazało, sobota, niedziela i poniedziałek to
wymarzone dni na kupowanie prezentów dla połowy polskiego społeczeństwa, stąd
we wszelkiego rodzaju instytucjach, o sklepach nawet nie wspominając, kolejki
długie są po horyzont. Nawet, jeśli by otworzyć wszystkie kasy. Ale oczywiście
otwarta jest tylko połowa, bo w końcu sprzedawcom, usługodawcom czy urzędnikom
się nie spieszy, i tak muszą odsiedzieć swoje. A klienci niech czekają. Tak
więc nie mam pojęcia, dlaczego aż tyle ludzi zostawia wszystko na ostatnią
chwilę. Czy naprawdę niektórych prezentów nie można kupić miesiąc wcześniej,
spokojnie zastanawiając się i wybierając z uwagą, zamiast przepychać się przez
dziki tłum w przedświątecznej gorączce, próbując zdążyć na ostatnią chwilę, narzekając
na gorąco, tłok, a nierzadko brak pożądanego towaru, który „przed chwilą
wyszedł”? W końcu przez miesiąc nikomu raczej diametralnie nie zmieni się gust,
i upominki wybrane w listopadzie czy na początku grudnia podobałyby się tak
samo, jak te kupione dzień wcześniej, a może nawet i bardziej – w końcu łatwiej
dokonać trafnego i przemyślanego wyboru, w warunkach bardziej cywilizowanych, a
mniej surwiwalowych, tym samym oszczędzając mnóstwo czasu i nerwów.

Przyznam jednak, że będąc
przypadkiem lub też z powodu wyższej konieczności w paru takich przetłoczonych
miejscach, przysłuchiwałam się przypadkowym osobom, które akurat coś załatwiały
lub kupowały. I tak też: według niektórych warto czekać w kolejce do okienka ‘obsługa
klienta’ w głównej siedzibie Plus GSM, tylko po to, by otrzymać dwie ulotki z
reniferami, bądź też dowiedzieć się, które telefony wyposażone są w radio –
tak, jakby ulotek nie można było wziąć ze stojaka, nie blokując przy tym
okienka, a informacji o modelach komórek nie było w Internecie albo w owych
ulotkach. Z kolei w Media Markt dowiedziałam się, że jakiś tam Przemek czy też
Pawełek nie dostanie na gwiazdkę „Wiedźmina”, bo pada tam „dużo brzydkich słów”
(których notabene Przemek czy Pawełek z pewnością nie zna ze szkoły, z
podwórka, od znajomych bądź z telewizji), ale jakiegoś FPS’a, gdzie zrobi
krwawą miazgę ze swoich przeciwników, poodstrzela im głowy czy też wypruje
flaki grabiami – mniejsza o to, Przemkowi czy Pawełkowi na pewno to nie
zaszkodzi (a że obie gry miały znaczki 18+, to już nieważne; rodzice prezent
mają z głowy, a później winę za mordercze instynkty Przemka czy Pawełka, gdy
pójdzie do szkoły z kałachem i postanowi wyeliminować grono pedagogiczne i
nielubianych kolegów, zwalą przecież na te okropne gry, a nie własne podejście
wychowawcze). Tak, nie ma jak „Święta”…

Skoro tak pięknie się zaczęło,
wolę nie myśleć, co będzie dalej. I co mogę poradzić na to, że „Święta” coraz
mniej kojarzą się z karpiem (nie jadam), śniegiem (już któryś rok z rzędu się
nie pojawił), czy z choinką (niezbyt ubrana z uwagi na kota; znając tego
czarnego potwora, bombki zniknęłyby po pięciu minutach, rozbite w drobny mak, a
lampkom przegryzłby kabel), a coraz bardziej z gigantycznymi kolejkami, korkami
i brakiem miejsc parkingowych, oraz radiem, w którym lecą jedynie utwory ze
słowem „Christmas” w tytule bądź tekście? (A tak przy okazji – czyż to nie jest
świetny pomysł, by zapewnić sobie czas radiowy każdego roku? Drodzy artyści,
zamiast pisać piosenki o czymkolwiek, o miłości, o sobie, o niczym, czy też o
przysłowiowej dupie Maryni, piszcie o świętach! Przynajmniej będą to grali latami,
rok w rok, w każdej stacji, a nie tylko przez jeden sezon wakacyjny…)

Niezbyt świątecznie nastrojona,
życzę Wesołych Świąt :).

Zaczynałam tę notkę kilka, a może już kilkanaście razy. Niekiedy na wyrwanej z zeszytu kartce w kratkę. Innym razem w czystym pliku wordowskim. A najczęściej we własnym umyśle, podczas jazdy autobusem, w drodze z Łodzi do Warszawy lub z Warszawy do Łodzi, przed zaśnięciem lub tuż po przebudzeniu, na nudnym wykładzie albo po trudnym kolokwium, w trakcie przerwy między zajęciami albo w drodze z uczelni do domu. Tym sposobem mogłabym więc myśleć i „tworzyć nie tworząc” przez kolejne miesiące. Ale dość już tego, dość milczenia, dość przekładania. Bo mój blog, a przede wszystkim moje pisanie to kolejna rzecz, o którą będę walczyć.

Walczyć. Walka. Gdy myślę ostatnio o swoim życiu jako pierwsze na myśl przychodzi mi właśnie słowo walka. Może dlatego, że o wszystko najzwyczajniej w świecie muszę toczyć zacięty bój. Walczę ze sobą, ze swoimi słabościami, ze wspomnieniami, z ludźmi, ze światem. Walczę o swoje zdrowie, o swoje szczęście, o bycie kochaną. Walczę o swoje życie. Wszystko, co udało mi się osiągnąć, zawdzięczam właśnie walce. Nic bez niej nie przychodzi, nie dzieje się samo, nie pojawia się niczym szczęśliwy, acz przypadkowy uśmiech Losu. Chyba że jest to uśmiech ironiczny, bezzębny, albo przez łzy.

Po skończeniu liceum miało być pięknie. Miało być nowe życie, nowy początek. Miało być lepiej, łatwiej, lżej, prościej, milej. A potem zaczęły się wakacje i okazało się, jak bardzo nie zdawałam sobie sprawy z beztroski mojego dotychczasowego żywota. W tamtym świecie była szkoła, znajomi, przyjaciele i nieprzyjaciele, dom, rodzina, nauka, a wszystko to wymieszane i przyprawione rozterkami natury egzystencjalnej. Była rutyna, ale rutyna pojmowana pozytywnie. Mogłam pozwolić sobie na spory margines błędu, nieodpowiedzialność, niedojrzałość, kaprysy i huśtawki nastrojów, narzekanie, niecierpliwość, niechęć. I nagle wszystko zniknęło.

Wakacje to największa z czarnych plam mojego życiorysu. Owszem, zdarzały się wcześniej momenty, których nie chciałam pamiętać ani wspominać, zachowania, z których nie byłam dumna i błędne decyzje. Ale żadna z wcześniejszych plam nie obejmowała trzech miesięcy, które na dodatek winny były być radosnymi, beztroskimi, spędzonymi na leniuchowaniu, odprężaniu po maturze i psychicznym przygotowywaniu się do powolnego wkroczenia w bardziej dorosłe życie miesiącami. A nie były. Był za to skok na bardzo głęboką, mętną i zanieczyszczoną czym tylko jest możliwe wodę. Pod spodem zaś dno składające się z ostrych kamieni, oślizgłych, zgniłych wodorostów i rozkładających się ciał wodnych żyjątek. Do brzegu ponad półtora tysiąca kilometrów, wpław więc nie da się dopłynąć. Można unosić się na powierzchni toni albo zanurkować w odmęty. Tak czy siak – przegrać. I ja przegrałam.

Nie chcę pamiętać tego okresu. Nie tyle wspominać, co właśnie pamiętać. Mogę oglądać zdjęcia, na których się uśmiecham, mogę oglądać pamiątki, które leżą w pokoju. Ale nie chcę pamiętać tego, co wydarzyło się pomiędzy zdjęciami. Tego, czego nie ujął obiektyw aparatu. Pierwszy raz w życiu płakałam na lotnisku. Wracając. Ze szczęścia, z tak ogromnego szczęścia, że trudno ubrać je w słowa.

Nie potrafię zapomnieć, a w najmniej pożądanych chwilach fala wakacyjnej wody potrafi niekontrolowanie zalać mój umysł, wypełnić mózg swymi plugawymi odmętami. Dlatego walczę. Walczę o zapomnienie. Dzisiaj po raz pierwszy odtworzyłam płyty, których tam słuchałam niemalże wciąż. Jechałam autobusem. W jednej chwili poczciwa „czterysta jedynka” zamieniła się w „dwudziestkę piątkę” tłum zgęstniał a kierowca przesiadł się z lewej strony na prawą. Wdech-wydech, byle nie spanikować. Ale muzyki nie wyłączyłam. Przetrwałam. 1:0 dla mnie.

Po powrocie do domu miało być jak w bajce. Prawdziwy odpoczynek na nurkowaniu w Egipcie, a potem wytęskniona i upragniona Warszawa i studia. Ale po raz kolejny coś poszło nie tak. Od września do grudnia zdążyło okazać się, że lekko utrudniająca mi życie, „kontuzjowana” noga (jak początkowo ją określałam) jest tak na prawdę jednym z elementów większego i poważnego problemu. Rwa kulszowa, dyskopatia, przepuklina rdzenia kręgowego. Brak efektów leczenia rehabilitacyjnego. Operacja neurochirurgiczna. To właśnie usłyszałam od kolejnych lekarzy. A kiedy diagnozy zaczęły się powtarzać, nie mogło być mowy o pomyłce.

Z jednej strony zawsze mogę sobie powiedzieć: mogło być gorzej. W końcu od tego się nie umiera. Ale dużo częściej na usta ciśnie mi się: dlaczego właśnie ja?! Za co? A wreszcie: nie zasłużyłam na to. Ale moje pytania, złorzeczenia, błagania i jęki nie zmieniają rzeczywistości. Rozetną mnie, zajrzą do środka, usuną kawałek mojego organizmu, który już nigdy nie będzie taki sam, jak wcześniej. I może będzie dobrze. Może. A może i nie do końca. I znów muszę walczyć, bo przecież nie wypada się poddać. Robię więc dobrą minę do złej gry. Żartuję sama z siebie, śmieję się, udaję, że sprawa nie jest poważna, albo że tak naprawdę się nie przejęłam. Że mam pewność, że będzie dobrze. A wcale nie mam. Nie mam pewności, nie mam wiary. Boję się, najzwyczajniej w świecie się boję. Tego, co będzie dalej. I tego, jak długo jeszcze będę musiała walczyć, walczyć o coś tak podstawowego w życiu jak zdrowie, jak normalne funkcjonowanie, jak dzień bez nieustępującego bólu. I za co to wszystko? Co ja takiego okropnego zrobiłam, że musi mnie to spotykać, że muszę się z tym borykać każdego dnia?! 2:1 dla przeciwnika.

„W moich snach wciąż Warszawa…” nuciłam jeszcze kilka miesięcy temu. A wreszcie nadeszło, a marzenia stały się rzeczywistością. Marzenia mają jednak to do siebie, że początkowo są kolorowe, kwitnące i pachnące, a stając się rzeczywistością zniekształcają się, stają się bardziej kanciaste i kłujące, czarnobiałe i usychające, i wcale ładnie nie pachną. Zgodnie więc z tą zasadą, od momentu znalezienia się w stolicy straszliwie tęsknię za moim prawdziwym domem. Zdaję sobie sprawę, że tęsknota ta nasiliła się przez moją długą, wakacyjną nieobecność, ale mimo to, przed wyjazdem nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo będzie mi brakowało pewnych codziennych rzeczy, porannej herbaty, nieprzepuszczającej światła rolety w pokoju, ściany plakatów, obiadów, a jak bardzo będzie mi przeszkadzało wracanie do pustego mieszkania, upychanie ubrań w jednej szafce, mocne zakręcanie kurków, żeby spadające krople nie uderzały w blaszany zlew… Nie, ja lubię Warszawę. Uwielbiam swoje studia. Poznałam wielu ludzi, którzy powoli wpływają na moje życie, i do których chciałabym zbliżyć się jeszcze bardziej. Ale tęsknię za domem. I walczę z tęsknotą w każdy poniedziałek, wtorek, środę i czwartek. 3:1, nie dla mnie niestety.

Wybór moich studiów to jeden z najlepszych wyborów, jaki dokonałam w swoim życiu. O ile nie najlepszy. Do tej pory zadowolona byłam tak naprawdę tylko z drugiego gimnazjum, a wybrane po długim namyśle liceum okazało się mieć więcej wad niż zalet. A tutaj wreszcie jest inaczej. Nie, nie idealnie, ale zachowane są proporcje dobrych i złych stron. A strona naukowa, której się najbardziej obawiałam, jest całkiem zadowalająca. Jak wspomniałam, na ludzi też narzekać nie mogę. Owszem, różnie bywa, jak to w każdej zbiorowości, ale nie czuję się samotna, a to dobrze rokuje na przyszłość. 3:2, powoli próbuję odrobić straty.

Brakuje ostatecznego starcia. Starcia, które zadecyduje, czy ostatnim tchem udało mi się zremisować, czy też może przegrałam z kretesem. Wyniku jednak wciąż nie znam, gdyż moja ostatnia walka ciągle się toczy. I jest to naprawdę ważna rozgrywka. Walka z Przeznaczeniem i Losem o Szczęście. Ciągle nie wiem, czy któreś z nich okaże się moim sprzymierzeńcem, czy też może razem zewrą szeregi przeciwko mnie. Nasza wojna już się rozpoczęła, i początkowe bitwy wygrałam właśnie ja. Zwycięstwo w rozgrzewce nie przesądza jednak wyniku ostatecznego starcia. A to nastąpi… najwcześniej pewnie w przyszłym miesiącu. I jeżeli znów przegram… Wówczas będę musiała całkowicie się poddać. Dlatego proszę tylko o jedno: skoro już tyle mi zabrano, skoro ostatnimi czasy poddano mnie tylu próbom, skoro wciąż muszę cierpieć i walczyć, cierpiąc walczyć i walcząc cierpieć, niech uda mi się choćby na tym polu. To dla mnie ważne z tak wielu powodów… Pragnę w coś wierzyć, podnieść się na duchu i znaleźć punkt zaczepienia, którego będę mogła się chwycić w kolejnych trudnych momentach. Potrzebuję równowagi dla bólu i niewygody. Jeśli muszę zaciekle walczyć o zdrowie, niech chociaż ta jedna jedyna rzecz będzie mi dana, a obiecuję wszystko przetrzymać. Wreszcie – proszę o odrobinę sprawiedliwości. Zabranie mi wszystkiego byłoby naprawdę nieludzkie. A ja straszliwie tego potrzebuję, potrzebuję właśnie teraz dużo bardziej, niż potrzebowałam kiedykolwiek wcześniej. Tak więc, drogie Przeznaczenie, drogi Losie, proszę Was tylko o jedno: podarujcie mi Szczęście i pozwólcie mi być kochaną.


For all I need


Make my heart a better place


Give me something i can believe


Don’t tear it down


What’s left of me


Make my heart a better place


Within Temptation, „All I need”
Witajcie, kochani, o ile macie akurat dostęp do Internetu i czytacie moje słowa, pisane na obczyźnie. Od trzech tygodni przebywam na Wyspach Brytyjskich, starając się dać sobie radę z własnym życiem i zasmakować samodzielności. Jak mi idzie? Nie mnie to oceniać. Ale skoro jeszcze nie wróciłam z krzykiem do Polski (a byłam tego dwukrotnie całkiem bliska), to chyba nie jest tak najgorzej. Pracuję. Na dwa etaty. W tygodniu wstaje o 5 rano, chodzę spać o 23 i zastanawiam się, ile jeszcze dam rade wytrzymać. I czy to wszystko jest tego warte. Jest mi ciężko. Fizycznie, bo nie wytrzymuję kondycyjnie, bolą mnie wszystkie mięśnie i mam tu lepszy trening, niż większość na siłowni :P. I psychicznie, bo kontakt z domem i ludźmi z Polski mam dość utrudniony przez brak sił, czasu i możliwości. A samotność psychiczna potrafi być gorsza od fizycznego zmęczenia… W między czasie odebrałam wyniki matury, których nie chciałam publikować, by niczego nie zapeszyć. Ale juz dziś, kiedy to z samego rana otrzymałam wyniki przyjęć na studia, mogę dumnie stwierdzić: jestem studentką Uniwersytetu Warszawskiego :). Dostałam się na wszystkie wybrane kierunki, w tym na mój priorytetowy, na którym mi najbardziej zależało, na 11. miejscu. Tak, jestem niewyobrażalnie szczęśliwa, nawet jeśli trudno to odczytać miedzy wierszami. Przynajmniej mam do czego wracać, i nie grozi mi ciężka, fizyczna praca do końca życia, za minimalna stawkę… Anglia to bardzo dziwny kraj. Wszystko jest tu inaczej, niż w Polsce. Ludzie, zwyczaje, komunikacja miejska, biurokracja, monitoring, atmosfera. W jednych sprawach jest lepiej, w innych gorzej. Ale ja i tak tęsknię – nie za samym krajem, bo bardzo dobrze mi tu bez słuchania o codziennych aferach, polskich politykach i ich wymysłach, kolejnych problemach społecznych, strajkach itd. – ale za ludźmi, którzy mnie wspierają, choć dzieli nas półtora tysiąca kilometrów. I z tego miejsca pragnę mocno uściskać moich rodziców oraz Danielka – bardzo Was kocham i strasznie tęsknię, wyczekuję każdego maila i wyglądam powrotu do Łodzi, który obecnie zapowiada się na 11. września. Pozdrawiam, odezwę się na miarę moich skromnych możliwości komunikacyjnych ;).

  • RSS